Zgodnie z obietnicą dziś faworki, przez niektórych zwane chrustem.
Co rok obiecuję sobie, że nigdy więcej i co rok zapominam ile trzeba siły włożyć w to, żeby faworki wyszły jadalne. Tak tak !! Trzeba mieć krzepę w rękach, bo nie dość że ciasto jest niechętne do zagniatania, to potem trzeba je jeszcze baaaardzo cienko rozwałkować.
Ale nic... do rzeczy :)

Składniki (myślę, że to minimalna ilość dla której się opłaca je robić):
- 40 dag. mąki
- 8 żółtek
- 1-2 łyżki spirytusu/rumu (żeby nie chłonęły tłuszczu)
- 1-1,5 łyżki śmietany kwaśnej 12%
Dodatkowo:
- 1 l. oleju do smażenia
- cukier puder do posypania
Wszystko zagnieść :) I nie przejmujcie się, że to się nie lepi. Ten przepis jest dobry i niczego mu nie brakuje. Nie ma za dużo mąki, ani za mało śmietany.
Zagniatamy, zagniatamy i jeszcze raz zagniatamy. Gdy już nie będzie się sypać można podzielić na części i zagniatać osobno (resztę trzymać pod przykryciem lub w szczelnym pojemniku, żeby nie wyschło).
Po zagnieceniu tego ciasta kolejne wyzwanie - rozwałkowanie :)
Im cieniej - tym lepiej. Ja nie mam aż tyle siły do tego gumowatego ciasta, dlatego wałkuję ile mogę, tnę (jak na poniższym obrazku - zdjęcie 1), a następnie rozwałkowuję każdy kawałeczek osobno.
Zabawy przy tym sporo. Jeśli macie mężczyznę koło siebie, lub wyrabiacie bicepsy na siłowni -TO SIĘ PRZYDA !! :)

Następnie rozgrzewamy olej na patelni i wrzucamy 1 faworek na próbę.
Zasada jest taka, że nie może się zrobić za szybko (bo nie wyskoczą bąble i się szybko przypalą), ani za wolno (nasiąkną tłuszczem i będą gumowate).
Kiedy będą rumiane - wyjąć i odsączyć na bibułce i posypać cukrem pudrem :)
To do dzieła !! :) Życzę powodzenia.